<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Tak było">
<author_1="Wanda Wasilewska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="3">
<date="1951-03-04">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Aż wreszcie jest. Czarne od węglowego pyłu ulice miasteczka. Bokami, żeby kto nie dostrzegł, nie zobaczył, nie dziwował się, do ojcowego domu, do walącej się, nisko przysiadłej rudery. Choć kto wie, może już wcale nie mieszkają, może już dawno przepędzono ich z najmowanej za grosze izby z kuchenką. Ale nie. Są. Schyla głowę, przechodząc przez niskie drzwi. W kącie na barłogu ktoś się porusza. Żółta twarz podnosi się ku wejściu. Ojciec. Weronka siedzi cicho, trzymając jeszcze w rękach swój mizerny tłumoczek. Macocha lata po izbie jak fryga, rozmiatając kurz długą kiecką. Trzaskają rzucane na blachę wściekłą ręką garnki. — Mówiłam! Miasta się zachciewa, urobków, i masz teraz zarobki! Cóż ty sobie, dziewczyno, myślisz, że nam tu po brodzie kapie, co? Ojciec bez roboty, trzy miesiące, jak kopalnię zamknęli! Na bieda-szybie robił, to się akurat zerwać musiał. i taka robota! Jeszcze ciebie tu brakowało! Ładnieś się wyrychtowała, nie ma co! Istna zmora! Takeś sobie obmyśliła, na odpasienie do tatusia, co? A jakże, jest się tu czym odpaść! Jest! Przecie w mieście zawsze łatwiej, nie tak to tak, ale gdzie ta! Tak najwygodniej, przetracić, i do domu! Dajcie jeść. bo sami macie za dużo, pewnie! Córeczka za latawca po mieście, a teraz: tata, daj! Wiedziałam ja zaraz, że z tego pociechy nie będzie! Weronka milczy. Chciałaby powiedzieć, że to wszystko nie tak i teraz, i przedtem. Ale tępe zmęczenie zamyka usta. Natrętnie wdziera się w uszy gadanina macochy. Ojciec tylko wzdycha jak zawsze. Weronka uśmiecha się błędnie. Miękko, powoli obsuwa się z niskiego stołka na podłogę, leci w kołyszącą się, rozhuśtaną, milczącą przepaść.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
